Wielka lekcja pokory i ciężkiej pracy - wywiad z Marcinem Krukiem

Ponad dwa lata temu, 18 grudnia, swoją przygodę w kierowaniu Samorządem Studentów UMCS rozpoczął Marcin Kruk, od roku również redaktor naczelny "A4". Dwa lata temu na łamach tej gazety Marcin był bohaterem wywiadu, w którym opowiadał jako świeżo upieczony przewodniczący, co chciałby zmienić i jak poprawić funkcjonowanie ZUSS. Czy to mu się udało? Pytała Monika Świetlińska.

Przewodniczący Samorządu Studentów UMCS - jaki powinien być?

Powinna być to osoba o mocno rozwiniętych kompetencjach miękkich. Ważna jest wiedza dotycząca robienia projektów oraz praktyczne aspekty marketingu, sponsoringu, kontaktów z mediami. Za najbardziej istotne cechy uznałbym otwartość na ludzi i inteligencję. Połączenie sprawnego funkcjonowania między ludźmi oraz świadomości obustronnego oddziaływania tych kontaktów daje podstawy do efektywnej działalności. Nie do przecenienia dla osoby na tym stanowisku powinna być ambicja i pracowitość. Najlepiej, jeśli poprzez swoją działalność realizuje się wybraną przez siebie ścieżkę kariery, to daje poczucie spełnienia i dodatkową motywację.

Pamiętasz siebie sprzed dwóch lat? Jak oceniłbyś siebie tuż przed wyborami z perspektywy czasu?

Doskonale pamiętam. Działałem już od ponad roku. Szło mi całkiem nieźle, byłem świeżym aktywistą, pełnym zapału do tego, by ulepszać moje otoczenie, jakim jest uniwersytet. Te dwa lata bardo mnie zahartowały, uodporniły na stres.

Kiedy zostałeś przewodniczącym, zastanawiałeś się, dlaczego wybrano właśnie Ciebie?

Kiedy startowałem, nie pojawił się kontrkandydat, ale mogłem nie przejść, gdyby zagłosowała na mnie mniej niż połowa członków Parlamentu UMCS. Zostałem wybrany jednogłośnie. Sądzę, że zaważył fakt, iż sprawdziłem się we wcześniejszej działalności. Nie bez znaczenia były też moje dobre relacje z ludźmi oraz przebojowość i pewność siebie, jakimi się wykazywałem.

Czy funkcja, którą pełniłeś, miała wpływ na zmianę Ciebie jako człowieka?

Szczerze mówiąc, był to najważniejszy okres w moim dotychczasowym życiu. Zmieniłem się pod wieloma względami. Zwróciłem większą uwagę na rozwój osobisty, stałem się dużo bardziej zorganizowany. Ta funkcja to wielka lekcja pokory i ciężkiej pracy. Pokory dlatego, że musisz mieć naprawdę silne poczucie własnej wartości, by twardo stać nogami na ziemi. Ponadto, działając na tym poziomie, trzeba podejmować szybkie i dobre decyzje, ważyć wszystkie "za" i "przeciw" w jednej chwili. To też jest nauka.

Co okazało być się dla Ciebie najtrudniejszym zadaniem?

Najtrudniejsze są relacje z ludźmi. Ja zawsze powtarzam, że samorząd to sport zespołowy. W tym wypadku przewodniczący to władza tylko z nazwy. Pracuje się z rówieśnikami, nie możesz ich zwolnić, ani na nich nakrzyczeć, bo oni podobnie jak Ty działają społecznie. Jeśli ich zniechęcisz, nie będą chcieli z Tobą współpracować. Dlatego potrzebne są stałe bodźce pozytywne, rozmowy o ich oczekiwaniach. Z drugiej strony jesteś szefem i Ciebie rozlicza się z efektów działania. Jeśli ktoś nawali, odpowiedzialność spada na Ciebie. Wyważenie roli jako przewodniczącego, który wymaga, motywuje i bada problemy jednocześnie to zadanie, z którym nie poradziłby sobie niejeden doświadczony menedżer. Trudno mówić o własnych porażkach. Udało mi się zrealizować mało projektów sportowych, na których mi bardzo zależało. Zdecydował o tym czynnik ludzki. Zbyt trudna okazała się też kwestia informatyzacji uczelni w formie hotspotów. Tu pojawiły się problemy natury prawnej.

A sukcesy?

Na pewno rozwój "A4". Gdy przychodziłem gazeta działała niemalże jednoosobowo. Redaktorem naczelnym, dziennikarzem i fotografem był Krystian Paździor, który miał, co prawda, kilku stałych współdziałaczy, ale praca nie była uporządkowana. Przez to wkładał w sprawy redakcyjne niezwykle dużo energii. Wraz z Akademicką Grupą Medialną udało nam się to pozbierać. Ostatnio przeprowadziliśmy rekrutację. Baza ludzi piszących, robiących zdjęcia, grafikę powiększyła się. W październiku zmieniliśmy wydawcę.
Za sukces uznałbym też kozienalia, zwłaszcza te ostatnie, kiedy w ciągu 12 dni zrealizowaliśmy osiem dużych wydarzeń, każde z nich okazało się "strzałem w dziesiątkę". Wyjazdy adaptacyjne 2008 i 2009 to wzór, jak powinno się takie przedsięwzięcie przeprowadzić.
Rozwinęliśmy także działalność projektową pod kątem programów szkoleniowych: od kompetencji miękkich ("Fabryka Inspiracji"), przez typowo biznesowe ("Festiwal przedsiębiorczości BOSS"), aż do szkoleń dotyczących umiejętności przydatnych w życiu prywatnym ("Studentka z klasą", "Przestudent"). Trudno wymienić wszystko.

Z czego jesteś dumny?

To trudne pytanie. Chyba mój największy osobisty sukces dotyczy ubezpieczenia studentów od następstw nieszczęśliwych wypadków. Po kilku latach przerwy w tym roku powrócono do przeprowadzania przetargu na tę usługę. Brałem udział w ustalaniu specyfikacji istotnych warunków zamówienia. Okazało się, że zaproponowane warunki są naprawdę korzystnie. Już rok wcześniej udało się je poprawić.
Dumny jestem z tego, że poprzez działalność grup wsparcia samorządu udało nam się przekonać szereg osób o niezwykłej wartości działalności.

Jak oceniasz swoją pracę? Plus, minus?

Większość ludzi przychodzi, poklepuje po plecach, mówi "dobra robota", więc chyba powinienem być zadowolony. Nie mnie to oceniać.

Marcin, kadencja dobiegła końca. Co dalej? Masz już pomysł na siebie?

Zapewne pójdę w kierunku własnej działalności. Samorząd dał mi takiego "kopa", że teraz nie wyobrażam sobie pracy na 8-godzinnym etacie. Wolę pracować 12 godzin dziennie, ale wtedy, kiedy zajdzie taka potrzeba, a nie gdy ktoś mi każe. Mam różne pomysły i propozycje, ale jest za wcześnie, by mówić o szczegółach. Teraz przede wszystkim chcę skończyć studia i rozwijać się w wybranych przeze mnie kierunkach.

Dzięki za rozmowę.

Teskt ukazał się w Miesięczniku Studenckim A4.